Czy rynek paliw zaczyna generować nową presję inflacyjną?
- Marcin Wawrzkiewicz, Country Manager Malcom Finance w Polsce
- Kategoria: Logistyka
Spadek notowań ropy Brent po poniedziałkowym skoku nie oznacza uspokojenia rynku paliw. W ciągu kilku dni cena ropy wzrosła o niemal 40 USD, by w ciągu kolejnej doby ceny spadły o 27,5 USD, po politycznych sugestiach o potencjalnej deeskalacji wojny w Iranie. To pokazuje, że kluczowe ryzyko dotyczy dziś nie tyle samej ceny ropy, ile logistyki dostaw, zwłaszcza transportu z regionu Zatoki Perskiej, przez który przepływa około 20 proc. światowego handlu ropą. Dla firm transportowych oznacza to utrzymującą się presję kosztową, szczególnie w przypadku diesla, w Polsce w ostatnim tygodniu jego cena wzrosła o 29 groszy na litr, podczas gdy benzyna Pb95 podrożała o 18 groszy na litr. Dodatkowo bezprecedensowa zmienność rynku, sięgająca 30–35 USD na baryłce w ciągu jednego tygodnia, znacząco utrudnia planowanie kosztów paliwa w całej gospodarce. Czy to może doprowadzić do wzrostu inflacji?
Ceny paliw w Polsce w ubiegłym tygodniu nieznacznie się zmieniły. Cena benzyny Pb95 wzrosła o 18 groszy na litr, natomiast cena oleju napędowego o 29 groszy na litr. W porównaniu z niedzielą cena benzyny Pb95 wzrosła dodatkowo o 6 groszy na litr, a cena diesla o kolejne 13 groszy na litr.
Miniony tydzień ponownie pokazał, jak niebezpieczne jest utożsamianie zmian notowań rynkowych z rzeczywistą sytuacją na rynku ropy. 3 marca Brent zamknął się na poziomie 81,40 USD za baryłkę. Dwa dni później wynosił 85,41 USD, w piątek 6 marca zamknął się na poziomie 92,69 USD, a w poniedziałek 9 marca w trakcie sesji wzrósł nawet do 119,50 USD za baryłkę. Następnie we wtorek 10 marca, po wypowiedzi Donalda Trumpa sugerującej możliwość szybkiego zakończenia wojny, cena gwałtownie skorygowała się do około 92 USD. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak wyraźne uspokojenie sytuacji. W rzeczywistości rynek jedynie bardzo szybko zdyskontował część premii wojennej. To jednak nie oznacza powrotu do normalnych warunków.
Cena ropy Brent spadła o kilkadziesiąt dolarów w stosunku do poniedziałkowego szczytu. Nie oznacza to jednak, zwłaszcza z perspektywy firm transportowych, że sytuacja na rynku się uspokoiła.
Warunki na rynku fizycznym nie zmieniły się tak szybko. Ruch tankowców przez Cieśninę Ormuz znalazł się pod silną presją, koszty transportu morskiego wzrosły, składki ubezpieczeniowe od ryzyka wojennego gwałtownie podskoczyły, a producenci z regionu Zatoki Perskiej zaczęli napotykać ograniczenia eksportowe. Gdy tak kluczowy węzeł globalnego systemu energetycznego zostaje zakłócony, problem nie dotyczy wyłącznie ceny kontraktów terminowych. Dotyczy logistyki, dostępności surowca oraz zdolności jego transportu do rafinerii i ostatecznie do odbiorców końcowych.
Nadreakcja na media
Poniedziałkowy ruch w kierunku 120 USD za baryłkę nie był więc jedynie nadreakcją na nagłówki medialne. Rynek wyceniał realne ryzyko fizycznych zakłóceń dostaw. Wyższe stawki frachtu tankowców, rosnące koszty ubezpieczenia, ograniczona przepustowość kluczowego szlaku transportowego oraz trudności części producentów z wyprowadzaniem ropy na rynek zaczęły bezpośrednio wpływać na ceny. Sytuację dodatkowo komplikowały zakłócenia produkcji oraz próby części eksporterów przekierowania dostaw poza region Zatoki Perskiej. Alternatywne trasy mają jednak zarówno ograniczenia techniczne, jak i przepustowościowe. Optymizm polityczny może krótkoterminowo obniżyć ceny, ale nie jest w stanie z dnia na dzień przywrócić sprawnej logistyki fizycznych dostaw.
Wtorkowy spadek cen należy więc interpretować bardzo ostrożnie. Nie oznacza on, że problem zniknął. Oznacza jedynie, że rynek zaczął wierzyć w szybszy scenariusz deeskalacji niż jeszcze dzień wcześniej. Innymi słowy – notowania ropy uspokoiły się szybciej niż sam rynek fizyczny. W takich warunkach największym błędem jest utożsamianie ruchów ceny Brent z rzeczywistą poprawą sytuacji dla transportu i przemysłu.
Dla firm transportowych szczególnie istotne jest to, że główny problem kosztowy może wcale nie dotyczyć samej ropy Brent. Destylaty średnie, a zwłaszcza olej napędowy, mogą reagować jeszcze silniej. Diesel reaguje bowiem nie tylko na cenę surowca, ale także na zakłócenia w łańcuchach dostaw, ograniczoną dostępność transportu, rosnące koszty ubezpieczeń oraz napięte poziomy zapasów. Nawet jeśli Brent pozostanie poniżej poniedziałkowego szczytu w nadchodzących dniach, ceny diesla mogą utrzymywać się na podwyższonym poziomie znacznie dłużej. To właśnie tutaj presja kosztowa dla firm logistycznych zwykle pojawia się najsilniej.
To jest główny wniosek z całego tygodnia. Ropa cofnęła się z poziomów kryzysowych, ale rynek nie wrócił do standardowego reżimu funkcjonowania. Rynek jedynie przestał w pełni wyceniać najgorszy scenariusz. Jeśli bezpieczny transport przez Cieśninę Ormuz zostałby szybko przywrócony, a eskalacja militarna zostałaby ograniczona, Brent mógłby kontynuować korektę spadkową. Jeśli jednak żegluga pozostanie ograniczona, zakłócenia produkcji będą się utrzymywać, a logistyka tankowców pozostanie zaburzona, poniedziałkowy skok cen nie będzie wyjątkiem. Będzie przypomnieniem, jak szybko ropa potrafi się przeszacować, gdy rynek traci zaufanie do fizycznej dostępności dostaw.
Źródło: Malcom Finance